Godzina 6.00 ścisłe centrum Miami. Zaczynam kolejną już sześćdziesiątą dziewiątą maratońską przygodę. Jest ciemno. Ulice z rzadka oświetlone miejskimi latarniami. Patrzą na nas imponujące,a o tej porze wymarłe i ciemne wieżowce dzielnicy biznesowej. Stoimy stłoczeni: maratończycy których jest około czterech tysięcy i półmaratończycy, których jest znacznie, znacznie więcej. Nie lubię tych wspólnych startów przez chaotyczne i szarpane tempo na pierwszych kilometrach. Po lewej stronie, bezpośrednio nad zatoką stoi duża hala sportowa.To American Airlines Arena. Gospodarzem tam jest znany z parkietów NBA koszykarski zespół Miami Heat. Przy niej stoją moi wierni kibice – Ania, Radek i Aśka. Będą ze mną przez cały sportowy poranek.

W Polsce godzina 12.00, równe sześć godzin różnicy czasu. Po dwutygodniowym pobycie na wschodnim wybrzeżu USA organizm się przyzwyczaił i zaadaptował. Prawie bezboleśnie. Może to wynik intensywnego życia, które tu prowadzimy? Gdziekolwiek jesteśmy zasypiamy szybko, zmęczeni codzienną porcją atrakcji. Gdziekolwiek jestem: na wschodzie czy zachodzie, w Ameryce czy w Azji rzadko mam problemy z przestawieniem się na czas lokalny. Szybko się aklimatyzuję.

Przede mną ostatnie chwile przed startem: sprawdzenie sznurowadeł, lekkie rozciąganie i koncentracja. Będzie mi bardzo potrzebna. W końcu oczekiwany strzał startera i ruszamy! Biegniemy szeroką Biscayne Boulevard położoną centralnie w Downtown Miami, pomiędzy wybrzeżem a szeroką linią ekscytujących drapaczy chmur. Początek jest płaski, lecz już od startu wieje bardzo mocny wiatr, prosto znad Morza Karaibskiego. Przebiegam obok ładnego Maurice & Ferre Park. Spacerowaliśmy tam z Anią zaledwie wczoraj. W niewielkim parku zlokalizowano nowoczesne Muzeum Nauki. To ładne miejsce, widok na zatokę i port Miami, rejsową stolicę świata. Każdego roku przyjmuje największą liczbę liniowców wycieczkowych spośród wszystkich państw świata. Biegnę w założonym tempie 4:45/km. Postanowiłem nie szarpać się z wynikiem. W końcu to mój drugi maraton w przeciągu dwóch tygodni. Założyłem pobiec w granicach mojej biegowej przyzwoitości z zakładanym czasem na mecie poniżej trzech godzin i trzydziestu minut.

Na drugiej mili wbiegamy na pierwszy w dniu dzisiejszym most.To bardzo długa, ciągnąca się przez kilka mil estakada. Podbieg jest wymagający.Z podróży po Stanach mam nieodparte wrażenie, że promień nachylenia mostów jest tu znacznie większy niż w Europie -są wyższe, bardziej strome. Czuję ten podbieg w nogach, jest naprawdę wymagający.Postanawiam zwolnić, daję się wyprzedzić sporej grupie biegaczy, głównie półmaratończyków.  Nie chcę na początkowym etapie doprowadzić do zakwaszenia organizmu, chcę uniknąć bólu na ostatnich kilometrach, niepotrzebnego szarpania tempa. Po trzech milach upewniłem się w przekonaniu, że podjęta jeszcze w Polsce decyzja o łamaniu trzech godzin w pobliskim Fort Lauderdale a nie tu w Miami była doskonała! Walczę z całych sił z silnym wiatrem, są mocne podbiegi, zdecydowanie wyższa wilgotność. Przebiegamy nad miniaturową wysepką, to Watson Island. Wciąż wokoło zupełne ciemności, otwarta przestrzeń, biegnę w tłumie głównie hiszpańskojęzycznych biegaczy. W samym Miami Latynosi stanowią 70% mieszkańców i liczba ta z roku na rok wciąż rośnie.Dziesięć lat wcześniej Latynosów było ich „zaledwie” 65%, to głównie imigranci z Kuby, Meksyku, Puerto Rico, Haiti, Wenezueli i wielu innych państw Ameryki Południowej. Oprócz miejscowych na starcie maratonu pojawiło się mnóstwo zawodników z całego hiszpańskojęzycznego rewiru. Uśmiałem się zdrowo stojąc w tłumie przed startem, obok Francuza i Holendra słysząc gorące, emocjonujące powitanie;„Witamy cały świat u nas! Witamy Kolumbijczyków. Witamy Peruwiańczyków. Witamy sportowców z Puerto Rico…! A Polska? Francja? Holandia? Europa??? Zapomniano o nas? Przywitano latynoski świat, nas nie.

Uśmiałem się, choć przyznam, że zdziwiony nie byłem. Już słyszałem to w innym miejscu. Kilka lat temu, w Assuncion w stolicy Paragwaju. Tam też przyjechał cały świat: Argentyńczycy, Brazylijczycy, Chilijczycy. Cały ich nie ma co ukrywać – wielki, latynoski świat. Naszło mnie spostrzeżenie, że w Fort Lauderdale, kilkadziesiąt kilometrów na północ od Miami,było zdecydowanie więcej języka angielskiego, angielskich imion i nazwisk, amerykańskiego patriotyzmu, determinacji, mani wielkości i dumy. W Miami jest uśmiech, entuzjazm, nieprzerwane gadanie, ogólna wesołość, jest fiesta.Niewątpliwie jestem w samym środku iberoamerykańskiego świata.

Na piątym kilometrze byłem 275 w stawce maratończyków ze średnim czasem 7:42 minuty na milę. Dla porządku – amerykańska mila lądowa to 1609 metrów. Biegnę równo, precyzyjnie, spokojnie, zgodnie z przyjętymi założeniami. I jeszcze o Latynosach. W Miami często skorzystaliśmy kilkukrotnie z usług UBERA. Wszyscy kierowcy, imiona przypadkowe:  Alberto, Carlos, Gilberto, mówili po hiszpańsku, rzadko który po angielsku. Jeżeli już coś mówili to słabo, ciężko było pogadać. Taki kawałek miejscowej rzeczywistości. A dodam jeszcze, że mieszkaliśmy w samym centrum latynoskiego świata, w Little Hawana czyli jakżeby inaczej –cygaro, rum, zapach doskonałej kawy podawanej w malutkich filiżankach, koguty wściekle piejące o czwartej nad ranem i nasz lokalny market: tani, dobrze zaopatrzony – El Presidente.

Dobiegamy do Miami Beach. Długa, szeroka, ciągnąca się nad zatoką estakada to dalszy ciąg drogi A1A, którą biegłem w Fort Lauderdale. Mam z niej fenomenalne sportowe wspomnienia. I teraz, zaledwie dwa tygodnie po złamaniu trzech godzin, biegnę tą samą w drogą, choć w zupełnie innym miejscu. Miami Beach o poranku nie hipnotyzuje, nie pociąga. Byliśmy tu dwa dni wcześniej, na plaży, na spacerze. Wtedy zachwyciła nas ta szalona, piękna wyspa z długimi piaszczystymi plażami, słynnymi Ocean Beach, deptakami, palmami, parkami, restauracjami, kawiarniami i życiem bogatej amerykańskiej socjety. Mieszka tu populacja złożona głównie z bogatych emerytów i ludzi show biznesu. To prawdziwy tropikalny raj. Teraz wciąż jest szaro. Miasto budzi się ospale. Wciąż wieje mocny wiatr. Kończę 10 kilometr na 269 miejscu. Nie forsując tempa wyprzedziłem sześciu maratończyków, średnie tempo lekko wzrosło do 7:39 min/mile. Biegniemy obok zanurzonego w wysokich palmach i strzelistych wieżowcach South Point Park z widokiem na port Miami.Teraz już prosto na północ Miami Beach przez Art Deco Historical District. To amerykańska modyfikacja stylu architektonicznego powstałego po I wojnie światowej, do której amerykańscy architekci dołożyli swoje trzy grosze: płaskorzeźbione, stylizowane dekoracje a w szczególności fantazyjne zdobienia budynków z upodobaniem do motywów tropikalnych. Do tego charakterystyczne amerykańskie neony oraz szkło i budynki stały się urzekające. Kibiców o tej porze niewielu. Jeszcze przed nami mała agrafka w willowej dzielnicy i ulicą Dade Boulevard opuszczamy frapujące Miami Beach.

Na trasie jak to w całych Stanach sporo policji. Jest wszędzie: na skrzyżowaniach, alejach dojazdowych przy parkach, domach, punktach żywieniowych. Z amerykańskim zwyczajem w każdym samochodzie jeden policjant. Na siedzeniu pasażera – komputer wraz z dużym monitorem z natychmiastowym dostępem do wszystkich potrzebnych danych. To demonstracja siły, pokaz władzy w kraju, gdzie prawie każdy może posiadać broń, masz się czuć bezpiecznie, masz mieć poczucie, że nic ci nie grozi. Ale to bezpieczeństwo kosztuje tutaj z pewnością gigantyczne pieniądze. Mijam charakterystyczne wozy z szalonym niebiesko-czerwonym oświetleniem, smukłe i dynamiczne Dodge Callenger oznaczone jako Dade Police lub Dade Sheriff. Cóż to jest to Dade zastanawiam się od kilku dni? Odpowiedź znalazłem w necie,Miami – Dade to nazwa najludniejszego hrabstwa Florydy. Ósmego na liście najbardziej zaludnionych hrabstw USA, które liczy dwa i pół miliona mieszkańców przy czym samo Miami zaledwie 413 tys.,co powoduje, że jest dopiero na 144 miejscu w Stanach Zjednoczonych pod względem liczby ludności. Sam zaś zespół metropolitalny liczy aż 5,5 miliona mieszkańców i jest ósmy pod względem zaludnienia wśród obszarów miejskich USA.To tylez interesujących danych demograficznych.

Dade Boulevard po wybiegnięciu z Miami Beach przechodzi naturalnie w Venetian Boulevard i przebiega przez kilka przepięknych wysepek w tym San Marco Island i Biscayne Island. To najładniejsza część maratońskiej trasy i najpiękniejsza część Miami, z tych które widziałem dotychczas. Venetian Islands, piętnasty kilometr jestem na 264 miejscu ze średnim tempem 7:34 min/mile. Przyśpieszyłem nieco, biegnie się komfortowo. Ten odcinek to dla każdego maratończyka najprzyjemniejszy etap, ustępuje pierwsze zmęczenie, oddech się wyrównuje, endorfiny rozsadzają Ci organizm, łatwo się wtedy „podpalić”, przyspieszyć, bo przecież biegnie się świetnie zwłaszcza że teraz wiatr mocno pcha mnie do przodu. Trasa się odwróciła, biegnę nadmorską groblą w kierunku centrum, wiatr od morza napędza mnie do szybszego pokonywania dystansu. Jest już jasno, mam przed sobą piękną panoramę miasta z porywającym widokiem na Port Miami i centrum biznesowe. Nagle biegnący obok mnie maratończyk potyka się o ledwie wystającą nad linią drogi studzienkę kanalizacyjną z impetem przewracając się na betonową nawierzchnię. Jest poobcierany i z pewnością mocno poobijany. Niedobrze to wygląda. A była to tylko mała chwila nieuwagi. Na szczęście szybko wstaje i lekko powłócząc nogami biegnie dalej. Jest jeszcze na adrenalinie, ale czy uda mu się dobiec do mety?

Jesteśmy w centrum Miami. Jest coraz więcej kibiców, coraz głośniejszy doping. Ludzie wstali z łóżek, dojechali do centrum, wyszli na poranne spacery, zaczęli dopingować biegnących. Pod ogromną Mac Arthur Causeway, estakadą, którą biegliśmy do Miami Beach, skręcamy pod kątem dziewięćdziesięciu stopni  w North Miami Avenue. To droga równoległa do Biscayne Boulevard, na której zlokalizowano start. Jest wilgotno, ale jest też chłodno. Biegniemy pomiędzy wysokościowcami bankowych i ubezpieczeniowych korporacji. Wiatr w takich miejscach szaleje w dość nieprzewidywalny sposób,kręci między budynkami,choć z pewnością, jest teraz mniej odczuwalny. Takie miejsca są z reguły mało atrakcyjne, to mocno zacienione przestrzenie z przenikliwym zimnem,betonowy świat z wąskimi chodnikami, wielopoziomowymi parkingami i hałasującymi ogromnymi wentylatorami.  

Dwudziesty kilometr, jestem na 237 miejscu. Średnie tempo ponownie wzrosło: 7:32 min/milę. Od początku biegu wyprzedziłem 38 osób, biegnę coraz szybciej. Zwolniłem trochę zaciągnięty przed startem hamulec ręczny. Za chwilę trasy się rozejdą, liczne grono półmaratończyków pobiegnie już w stronę mety, nam zostanie ta druga trudniejsza część trasy. Z daleka już widzę swoich kibiców. Są wszyscy – klaszczą, wrzeszczą, dodają otuchy. Jak zwykle wyróżnia się Radek, machając przygotowaną wcześniej flagą z wielkopolskim orłem powstańczym oraz klubową 3:33 Team. Widać mój suport z oddali, jest pamiątkowe zdjęcie, uśmiechy i mentalnie pobudzony biegnę dalej. Teraz już w bardzo nielicznym gronie samych maratończyków. To bardzo długa prosta, która łagodnie i w niezapowiedziany sposób z North Miami Avenue przechodzi w South Miami Avenue. Przede mną trochę wiaduktów, w tym jeden mocniejszy podbieg, po nim mała pętelka, krótki zbieg w dół i biegniemy ponownie w stronę wybrzeża. Robi się bardzo ciepło, choć wiatr nie ustaje. Wcześniej wyczytałem, że w Miami znajdujące się tuż pod zwrotnikiem Raka panuje klimat tropikalno-monsunowy, średnia dzienna temperatura wynosi 26 stopni Celsjusza. Dzisiaj z pewnością będzie więcej.

Zastanawiam się, czy chciałbym mieszkać na Florydzie? Ma bowiem to miejsce wiele atutów. Przede wszystkim jest ciepło, co w miarę upływu lat cenię sobie coraz bardziej. Ale jest tez sezon huraganowy trwający zwyczajowo od 1 czerwca do 30 listopada. Floryda ma wiele atrakcji do zwiedzenia, nam udało się zwiedzić zaledwie ich niewielką część,leżącą na północy stanu najstarszą osadę hiszpańską w Ameryce Północnej – St. Augustine, słynne Kennedy Space Center czyli centrum lotów kosmicznych w Cape Canaveral, gdzie na żywo, co za szczęście (!), widzieliśmy start rakiety kosmicznej. Florida Keys, ciągnący się przez 240 km ciąg raf koralowych i wysepek aż do Key West, położony na południe od Miami a niewiele ponad 100 kilometrów na północ od Kuby oraz słynny tor wyścigowy w Daytona Beach.Później zmieniliśmy lokalizację, pojechaliśmy na północ do innych stanów, do Georgii, aby zwiedzić Savannah i Fort Puławski oraz do Południowej Karoliny, aby zobaczyć słynne Charleston i okoliczne plantacje bawełny. Ale wszystkie te atrakcje są bardzo drogie, wejście gdziekolwiek kosztuje od czterdziestu do sześćdziesięciu dolarów.

W Stanach zasadniczo jest drogo, z wyjątkiem kosztów wynajęcia samochodu, płatnych autostrad oraz zakupu paliwa – praktycznie wszystko jest drogie. Po za tym nie przekonują mnie amerykańskie tekturowe domy, brak chodników i ścieżek rowerowych, monokultura samochodowa – ciężko wybiec sobie po prostu z domu w lewo, prawo czy przed siebie. Musisz zabrać auto, podjechać do parku i tam na ograniczonej przestrzeni masz czas dla siebie. Drażni mnie ten powszechny kult broni i mnóstwo policji na ulicach. Co prawda Amerykanie są bardzo życzliwi i pomocni, jest porządek, dyscyplina i poszanowanie prawa, ale znając siebie, wątpię, abym się zaaklimatyzował.

Pokonuję 25 kilometr w coraz lepszym tempie. Średnia 7:27 min/milę. Mam miejsce 199 przez dwadzieścia pięć maratońskich kilometrów wyprzedziłem siedemdziesięciu sześciu maratończyków. Ale tak naprawdę ten bieg się dopiero zaczyna. Na razie biegnie mi się komfortowo, luźno, lekko. Skręcamy w Brickell Avenue i pod kątem dziewięćdziesięciu stopni ponownie wbiegamy estakadą w morze. Ponownie pod bardzo silny przeciwny wiatr. Teraz każdy kilometr boli, trzeba pracować ze zdwojoną energią, ciężko się nawet oddycha. Biegniemy po otwartej przestrzeni, wystawieni jak żagle na podmuchy, nie ma się gdzie schować. Biegniemy rozciągnięci na długim odcinku, z pewnością zapłacę ze tę walkę na ostatnich kilometrach. Po nawrocie mam wiatr w plecy. Ulga. Staram się odrobić stracony czas. Mocno przyspieszam, dochodzę do wniosku, że na tym etapie nie ma co się oszczędzać. Trzydziesty kilometr pokonuję w średnim tempie 7:25 min/milę. Jestem już 157. Wyprzedziłem sporo zmęczonych walką z wiatrem maratończyków i gnam dalej do przodu. Przede mną jeszcze dwanaście najtrudniejszych kilometrów.

Jest już bardzo ciepło, słońce pali coraz mocniej. Na szczęście od początku nie zapomniałem o nawadnianiu. Piłem kilka łyków wody na każdym punkcie z wodą, których organizatorzy zorganizowali naprawdę dużo. Zresztą bieg jest organizacyjnie przygotowany doskonale, oprócz licznych punktów żywieniowych, dobrze zaopatrzonych i długich aby każdy mógł spokojnie sięgnąć po kubek z wodą lub z izotonikiem, są żele energetyczne, banany, pomarańcze. Trasa oznaczona doskonale, bez ruchu ulicznego, wyczyszczona zupełnie z samochodów. Od początku zetknięcia się z biurem zawodów w dzielnicy artystów Wynwood widać amerykański profesjonalizm i dbałość o istotne w zawodach sportowych detale.

W Peacanok Park mamy praktycznie ostatnią nawrotkę na trasie biegu. To Coconut Grove, najstarsza dzielnica Miami, powstała nad szeroką i gorącą zatoką Biscayne. Biegniemy teraz przez klasyczne amerykańskie dzielnice willowe o zwartej zabudowie. Przed domami na zielonych trawnikach licznie dopingujące nas rodziny, są oklaski, słychać gdzieniegdzie„good job”, „buena suerte”, „well donne”. Może atmosfera nie jest tak entuzjastyczna jak na przedmieściach Bostonu, ale wyraźnie czuć wsparcie miejscowych kibiców. Ponownie wbiegamy w South Miami Avenue, przed nami dłuuga prosta w kierunku mety. Cieszę się ze swojego tempa. Wiem, że logistycznie ten dzień poukłada się bez problemów, a takie obawy miałem od samego poranka. 0 16.30 mamy wylot z Miami liniami Air France do Paryża, tam na lotnisku Charles de Gaulle przesiadka na lot do Berlina. Trochę się obawiałem tego dnia, ostatniego dnia naszych wakacji. Mam przed sobą jeszcze ostatnich dziesięć kilometrów, musimy się znaleźć na mecie, wydostać z centrum, dojechać uberem do naszej kwatery, spakować się i wyruszyć na lotnisko. Tam potrzebny jest nam zapas czasowy, wymagania bezpieczeństwa w USA są na naprawdę wysokim poziomie. Ale najważniejszy był bieg, abym go wytrzymał, aby nic nie stało się po drodze, aby nie przytrafiła się jakaś niepotrzebna kontuzja. I tak będzie do mety, już nic mi nie przeszkodzi w zdrowiu ukończyć swojego sześćdziesiątego dziewiątego maratonu, a zarazem trzeciego w Stanach Zjednoczonych.

Na 35 kilometrze trasy jestem 137, średnia delikatnie spadła do 7:26 min/milę. Jest upalnie, trasa w tym fragmencie pagórkowata. Wciąż trzymam nieco podwyższone od połowy dystansu tempo, udało się wyprzedzić sporo biegaczy, którzy nie wytrzymali trudów dzisiejszych zawodów. Z prawdziwą satysfakcją dochodzi do mnie, że jestem dobrze przygotowany. Wytrzymałem dwa maratony w ciągu dwóch tygodni, złamałem trzy godziny w maratonie w Fort Lauderdale, w Georgii w okolicach Savannah pobiegłem jeszcze na 10 km. W Critz Tybee Run Fest w biegu na 10 kilometrów. Zająłem tam dwunaste miejsce (przypadek?), pierwsze w kategorii wiekowej, ale bieg zepsułem jak mało który. Pomyliłem trasę i zamiast dziesięciu kilometrów przebiegłem prawie dwanaście. Trasa była bardzo źle oznaczona, było ciemno, start o siódmej rano, w ciemnościach zmarnowałem ogromną szansę na podium w klasyfikacji generalnej i przede wszystkim na życiówkę w biegu na 10 km. Czy taką szansę jeszcze kiedyś otrzymam od losu? Cóż, zobaczymy. Przede mną za dwa tygodnie start w Tel Avivie, po nim na pewno odpocznę, aby później znów pod kuratelą Rafała Czerneckiego przygotować się do kolejnych sportowych wyzwań.

Nadszedł lekki kryzys. Zwolniłem, średnia na 40 kilometrze wyszła 7:34 min/milę. Wyprzedziłem jeszcze dwóch zawodników. Jestem 135 miejscu, moim zdaniem bardzo wysokim. Zostały ostatnie dwa kilometry i 195 metrów do mety. Za chwilę dobiegnę do South West First Street, to ulica dochodząca prostopadle do zatoki. Ostatni skręt w prawo, zbiegają się dwie trasy – półmaratońska i maratońska. Jestem zdziwiony, że finiszując jako maratończyk mam obok siebie spore grono finiszujących półmaratończyków. Do dobrze świadczy o moim przygotowaniu pokazuje też jak wielu zawodników wystartowało na trasie półmaratonu. Jest bardzo dużo kibiców. Stoją po obu stronach trasy i głośno dopingują wybiegających na metę. Hałas jest nieprawdopodobny, tłum rozentuzjazmowany, ostatnia mila przypomina trasę maratonu bostońskiego. Różnica jest taka, że w maratonie bostońskim taki hałas jest przez praktycznie całą trasę biegu. Została ostatnia mila, dobiegam do Bayfront Park, fajnego miejsca, w którym spacerowaliśmy wczoraj, byliśmy na ostatnich zakupach, na kawie. Przy nim znajduje się meta. Dostrzegam moich kibiców. Flaga 3:33 Team dumnie powiewa nad zacienioną ulicą. Staram się wyprostować nieco już zgarbioną sylwetkę. Powinienem zabrać flagę i wybiec z nią na metę, nie pomyślałem o tym, pomachałem tylko do Radka i pobiegłem dalej. Czerwony dywan, wysokie trybuny, ostatni zakręt i wreszcie jest – upragniona, wyczekiwana, pożądana – meta! Dobiegłem. Zadowolony, szczęśliwy i znacznie bardziej zmęczony niż dwa tygodnie wcześniej w Fort Lauderdale.

Maraton w Miami był moim sześćdziesiątym dziewiątym ukończonym maratonem. Czas mety to 3:19:40!!!Znacznie lepszy od zakładanych przed startem trzech godzin i trzydziestu minut. Dystans przebiegłem spokojnie, bez mocniejszego kryzysu, zwątpienia bez bólu i cierpienia, w miarę równo. Osiągnięty wynik uważam za bardzo dobry. Dotychczas w swojej przygodzie biegowej tylko siedem razy pokonałem dystans maratonu szybciej. W amerykańskim turnee ukończyłem dwa maratony w dwa tygodnie i pobiegłem jeszcze szybką dychę (czyli 12 km…), stając dwa razy na podium! Byłem w naprawdę fantastycznej formie fizycznej.

I kilka zdań o wynikach. Pierwsze miejsce w Life Time Miami Marathon & Half zajął Saudi Juma Makula z Tanzanii z wynikiem 2:22:01, co świadczy o tym, że wyniki nie były rewelacyjne, bo w tych szerokościach geograficznych i w tej pogodzie być zwyczajnie nie mogły. Pierwsza wśród kobiet Aydee Loayza Huaman z Peru dobiegła na metę z czasem 2:46:54. Ostatecznie zająłem 133 miejsce, wśród mężczyzn 123, w kategorii wiekowej byłem 10, w kategorii Masters – 45. Muszę przyznać że moja obecność w tej kategorii zawsze mnie szokuje – czuję się jeszcze młodo, biegam maratony (!) coraz szybciej, a jestem już od lat w kategorii Masters! Stare, wyświechtane zdanie „jak ten czas szybko leci” jest nieustannie prawdziwe!

Za nami kolejny kawał turystycznej przygody. Tym razem spędzonej na głębokim południu USA. Byliśmy na Florydzie, w Georgii i Karolinie Południowej. Dołożyliśmy kolejne trzy amerykańskie stany do tych widzianych wcześniej – Massachusetts, Rhode Island i Nowego Jorku. Dzięki złamaniu trzech godzin w Fort Lauderdale dostałem prawo startu bez eliminacji w maratonach Nowym Jorku, Chicago i Bostonie w 2021 roku. Prawdopodobnie z tej możliwości skorzystam. Spróbuję poszukać swojego miejsca w kalendarzu na przyszły rok, może ponownie zawitamy do jakiegoś ciekawego miejsca w Ameryce. Się zobaczy.

Print Friendly, PDF & Email